|
patrz pisz 2008 październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty aczkolwiek pocałuj żabkę w łapkę Wyślij wiadomość obserwuję ~RSS bum |
|||
22. lutego 2005 :: 18:16 "oto zmyślony świat, który sie zrodził by w ciszy trwać. jeśli go zeżre fałsz unicestwi się sam." zmyślony mój świat pora przedstwawić wszem i wobec. historię zmyśloną czas zacząć... 22. lutego 2005 :: 20:35 poranek po nieprzespanej nocy miał kolor brązowy. jak wszystkie inne poranki. pobudzony do życia rzężącym radiem rozpalał niepokój pod skórą. w powietrzu czuć było wielkie nic zawisłe nad jej łóżkiem. zbliżało się coraz bardziej. musiała żyć w oczewikaniu na to nic, które miało wydarzyć sie lada moment. ale spokojnie, teraz było cicho i ciepło. właściwie prawie już zapomniała o tych wszystkich wieczorach. choć wszystko wskazywało na to, że podświadomość jej o tym przypomni. prędzej czy później, ale przypomni. tylko gdyby nie to rwanie w ręce. nie spojrzy tam. nie teraz, nie dziś. zwyczajnie nie. teraz można było przewrócić się na drugi bok i znów pomylić rzeczywistość z iluzją. codzienny rytuał z muzyką przenikającą ciało. za zamkniętymi drzwiami dzieją sie zwyczajne rzeczy. toczy się życie. dzieją się cuda. cuda zwykłe i niezwykłe, małe i duże. ale zawsze jej własne i niewytłumaczalnie brązowe. jeszcze aż kilka godzin, tylko kilka godzin... - szumiało jej w głowie. mogła spokojnie zatopić się w otchłani innego świata... tymczasem głos z radia wciąż nieświadomie obwieszczał jej stan: "jestem jak każdy inny człowiek, czasem swych błędów nieświadoma. przychodzę swym ciepłem się podzielić. zostawiam zgliszcza..." 24. lutego 2005 :: 20:50 niespokojnie spokojne myśli. tęsknota kołysząca się u szczytu sufitu. bo tęsknić to znaczy chodzić po ścianach. ostatnio już doszła pod sam sufit. lazurowe wariacje między wersami kolejnych strof wyobraźni. nigdy razem, zawsze osobno. cudownie osobno. ale blisko. ciągle blisko, zawsze blisko. tylko troche za daleko, ciągle, jeszcze, wciąż zbyt daleko. zdobywanie w wersji dalekobierznej w odległości daleko urojonej. mosięrzny wzrok delikatnie opadły na każdym z płatków śniegu opadających po rzęsach innej ja, a może innej ty. chciałabym być płatkiem śniegu, rozpływać się pod cipłem czyjegoś policzka. cie-płem. brakowało jej jego teraz. nie tego, jego. osobliwie bliskiego ciepła. on był tylko środkiem do celu, chwilą zapomnienia, która właśnie łapczywym wzrokiem osaczała inną. nie może udawać, że tego nie widzi. nie przed sobą. ale zawsze może uznać, że jej to nie dotyczy. że to jest po za nią. zwłaszcza przed nim. tak właśnie przed nim nawet poudawać może. żeby lepiej wyglądało, żeby sobie pomyślał. a niech myśli, jeśli myśleć potrafi. a później pójdzie znów na dach. sama. tym razem sama. ujrzy sierpień w środku zimy, jego oczy letnie, nieokreślone. i swoje też dziwne, czasem piwne, a czasem zielone. za dnia piwne, bo nocą zielone. spojrzy w gwiazdy mimo ich braku. "(...) posiadam wiarę w niemożliwą moc, potrafię jeśli chcę rozświetlić mrok. mogę poruszyć was na kilka chwil, tylko zrozumcie kiedy zechcę znowu z sobą być znowu z sobą być..." 27. lutego 2005 :: 12:30 parki lubi. jesienne, zimowe. chłodne parki lubi. potrafi godzinami przeglądać świat w odbiciu szarej kałuży. tylko tam wygląda naprawdę. pod pływem jasnych oczu gwiazd kałuże drżą z podniecenia, kurczą się ze strachu. a one tak naprawdę są szare jak kurz z biblioteki płyną po niebie jak po księdze przyszłości. ale tylko nocami widać tę prawdę. dzień przykrywa prawdziwe życia zasłoną światła. radzi w oczy, oślepia. bo nocą przez muślin półsnu, ukratkiem kamienice szepczą o jego istnieniu. rumienią się cegłami, zdają ból wspomnieniom. zamykają zamotne oczy. by w gwiaździstą noc spoglądać na twoje sny. odwracają wzrok. czekają, aż wiatr z ciepłych krajów przyniesie im miłość. jestem kamienicą. zamykając oczy wyciska wspomnienia. zbiera do zielonego garnuszka. na potem. wypije w czasie suszy. nakarmi życie gdy przyszłość zamknie przed nią swe drzwi. ...a może juz zamknęła? "za oknem minus pięć. nie kocham cię już. wiatr zrywa czapki. z głów nie kocham cię już. przez noc zasypie śnieg nasz park, dzieciaki wyjmą rankiem z piwnic sanki. nie ma mnie tu. duch ciało opuścił..." |
|||